Opis obrazów

Opisanie wydarzeń oraz objaśnienie symboliki moich prac, stworzy czytelnikowi pełny obraz tych czasów.

WYSTAWY

Zawsze powtarzam, że wystawa – dla plastyka, jak scena – dla aktora

Home » Opis obrazów

Skóra Półogona

Submitted by on Wtorek, 13 styczeń 2009No Comment

moj_kat

/…/ Spadł śnieg, w ciągu doby nawaliło go powyżej głowy. Rankiem zauważyłem świeże ślady wilków wokół ziemianki, dużo ich było u zasypanego śniegiem okienka chlewu, które teraz znajdowało się niżej poziomu zaśnieżonego podwórka. Zauważyłem, że bestie rozgrzebały śnieg, żeby dostać się do okna chlewu i pomyślałem, ja też mogę nie gorzej grzebać w śniegu. Nad żadnym szachowym zadaniem nie myślałem z takim uporem jak nad tym, życiowym. Wreszcie znalazłem rozwiązanie problemu – wykopać pułapkę.

Za działką, w zawalonym śniegiem rowie, gdzie wilki rozerwały cielaka wykopałem jamę. Jej dwumetrowe ściany polałem wodą i kiedy zlodowaciały i wzmocniły się, okryłem z góry kijami i patykami, narzuciłem na nich siana. Potem w środek tej pułapki wrzuciłem zdechłego szczura dla woni i z góry zaprószyłem jamę śniegiem. Teraz trzeba było przyciągnąć uwagę wilków. Wieczorem wlazłem na dach chaty i zacząłem szczekać i wyć, tak jak to robiliśmy nie raz przy zabawach z Szarym. Zdziwieni sąsiedzi z początku pomyśleli, że to plotki w wiosce o zaginięciu Szarego i przychodzili powitać go. A kiedy zobaczyli, że to moje aktorstwo na dachu, polecieli do mamy spytać się, czy aby syn nie zwariował? Mama zdradziła im sekret i oni wyszli zadowoleni. A ja szczekałem i wyłem do północy, składając tym hołd memu kochanemu psu. Rankiem usłyszałem znane mi wycie wilka i gwałtowne szczekanie sąsiednich psów. Wyleciałem na zewnątrz i zobaczyłem ludzi i psy wokół mojej jamy pułapki. Udało się! Serce zabiło radością. Wycie wilka w jamie znaczyło, że złodziej złapany. W biegu narzucając płaszcz, pędziłem tam przez działkę, już było po wszystkim. Wilk próbował wydostać się i uciec, ludzie dźgali go widłami i powtarzali: „to ci za krowę, którą zagnałeś w staw”, „to ci za Szarego psa”, „to za cielaka”. Zwierzę wyciągnęli z jamy, było wielkie i nie miało połowy ogona. Z radości i chłodu z sąsiadami i razem z psami tańczyliśmy dookoła niego. Wreszcie złodziej wioski leżał do góry nogami. Ludzie postanowili poprosić starego kuśnierza, żeby ściągnąć z wilka skórę, wyprawić, by najlepszy w wiosce krawiec mógł uszyć futro w prezencie Stefankowi za złapanie złodzieja. Tak i stało się. Po paru tygodniach ja byłem pierwszy raz ubrany w dobre syberyjskie futro, szyte włosiem na zewnątrz dla ciepła, mrozy dla mnie nie były już straszne, ono dobrze grzało. Co prawda, wszystkie psy w wiosce na mój widok zachowywały się teraz dziwnie. Jedne agresywnie szczekały, drugie podciągały ogony i uciekały, za to ludzie zawsze uśmiechali się i żartowali: „Wiesz Stefanku, że to stado wilków gdzieś zniknęło, na pewno cię nie uznali za przywódcę, a szukają kogoś gdzie indziej”.
Tak zakończyła się historia walki z moim czworonogim wrogiem Półogonem. Przez kilka zim jego skóra grzała moje ciało, a pamięć o zwycięstwie hartowała ducha do walki z innymi trudnościami życia na Syberii. Szybko wtedy rosłem i to futro stało się krótkie, ale w duże mrozy  zawsze naciągałem je i dzięki temu ani razu nie przeziębiłem się, a kiedy otrzymałem pozwolenie na wyjazd z zsyłki na naukę do liceum, wziąłem je do miasta jako pamiątkę. Z początku próbowałem to wilcze futro tam nosić w mrozy, ale to tak straszyło i dziwiło ludzi z miasta, jakby widzieli jakiegoś zwierza z ZOO czy Człowieka Śniegu. Ono jednak przydało się w mojej pierwszej pracowni plastycznej. Znajdowała się pod strychem, nawet nie patrząc w malutkie okienko, zawsze widziałem, kiedy zła pogoda. Przy deszczu od razu ciekło z sufitu, a od mrozu pokrywały się szronem ściany. Ratowało mnie to futro, naciągałem go i czekałem w kąciku do ustania deszczu. Stąd taki autoportret Mój kąt z 1951 r. Pamięć o tej pracowni oraz o syberyjskim futrze, które długo jeszcze rozgrzewało moje ciało i ducha. Większą część swego życia spędziłem w pracowniach twórczych, pracując od rana do wieczora, a często całą dobę. Ale do pracowni plastycznej oraz do rysowania pod kierunkiem zawodowych plastyków – było jeszcze daleko. Los zdecydował tak, żebym jeszcze przez wiele lat codziennie walczył o kawałek chleba dla siebie i rodziny, praktykował naukę przetrwania i samodzielnego rysowania, malowania i kształcenia się na zsyłce w czasach swego dojrzewania.

Stefan Centomirski Sybirak, Mój kąt, 1951 r.

Comments are closed.