Opis obrazów

Opisanie wydarzeń oraz objaśnienie symboliki moich prac, stworzy czytelnikowi pełny obraz tych czasów.

WYSTAWY

Zawsze powtarzam, że wystawa – dla plastyka, jak scena – dla aktora

Home » Opis obrazów

Improwizacje jazzowe

Submitted by on Poniedziałek, 22 luty 2010No Comment

/rok 56/ Zazwyczaj, w soboty studenci któregoś z Wydziałów organizowali tzw. „wieczory”, podczas których zespoły estradowe grały improwizacje jazzowe znanych kompozytorów amerykańskich. Po raz pierwszy usłyszałem muzykę jazzową w wykonaniu zawodowych muzyków. Dziś jest to nie do wiary, lecz w owe czasy w Związku Radzieckim, dokładniej w muzyce radzieckiej – jazzu nie było. Był zakazany, tak jak wystawy „nielegalnego” malarstwa. Jazzu słuchaliśmy przez radio, jeśli udało się złapać jakąś „zachodnią falę”…

broda

Muzycy natomiast, nawet w małych miasteczkach, zakładali „nielegalne zespoły jazzowe” i grali na wieczorkach studenckich i na weselach. Tych amatorskich „jazzmanów” słyszałem nie raz, lecz prawdziwy jazz w wykonaniu profesjonalistów, zachwycił mnie podczas studenckich wieczorów w Leningradzie.

Trafić na koncert znanych w mieście grup muzycznych nie było lekko, zwłaszcza w pojedynkę. Przez tłumy wielbicieli można było „przebić się” tylko w dużej grupie. Biletów nie było. Dwóch, trzech dyżurnych z opaskami na rękawach, wpuszczali studentów ze swojej uczelni, ich znajomych lub tych, którzy najgłośniej krzyczeli i konsekwentnie udowadniali swoją rację.
Dla nas, przybyszów z prowincji – takie wieczory były niczym wymarzone „wyspy demokracji”.
W ciągu długich lat uczyli nas przywódcy Komsomołu, że na studenckich wieczorach tanecznych muzyka powinna być grana w następującej kolejności: na początku – walc, później – tango itd. Pary mogły tańczyć ze sobą w odległości 20-30 cm. Ubranie też podlegało odpowiednim normom: spodnie niezbyt szerokie, włosy – krótkie. Jeśli ktoś dostał się na wieczór taneczny w szerokich spodniach, dyżurni odprowadzali go do sąsiedniego pokoju i tam nożyczkami odcinali nogawki spodni, jeśli włosy były za długie – też je obcinano…

Na studenckich wieczorkach w Leningradzie była absolutna „demokracja”: muzycy improwizowali, zmieniali rytmy, soliści odwracali się do sali i dyrygowali wtórującym i nucącym znane melodie. Na sali gaszono światło i tylko małe odblaski od lustrzanej kuli pod sufitem, biegające niczym małe zajączki – oświetlały tańczących. Nieopodal szatni była garderoba, taki nieduży pokój, gdzie studenci pomagali sobie nawzajem przeobrażać się w „złotą młodzież” z Prospektu Newskiego. Tam młodzież śledzili, łapali i więzili przez całą noc „komsomolscy-drużynowcy” z opaskami na rękawach.

Nam, prowincjuszom, zdawało się na początku żeśmy trafili nie na sobotni wieczorek taneczny dla studentów, lecz na karnawał, maskaradę, jakiś spektakl, gdzie goście odgrywają rolę tłumu na Broodwayu. Wkrótce również i nasi koledzy z pierwszego roku, zwłaszcza koleżanki, przygotowywały dodatkowe rekwizyty na następne sobotnie taneczne wieczory. Były to – barwne szaliki, kapelusze, czasem peruki, pasiaste swetry, koszule w kwiaty, a nawet wąskie „teksaskie spodnie” – dżinsy. By dopełnić ten obraz, opiszę końcową część, czyli finał tych wieczorów… Studenci poznawali swoje rówieśniczki, nieraz taka znajomość przeradzała się w miłość. Znaliśmy niepisane prawo tych wieczorów – chłopiec odprowadza dziewczynę, z którą tańczył pożegnalne tango… Podczas tańca każdy dokładniej chciał zapoznać się z dziewczyną, która go zainteresowała. Bano się dziewcząt z Wyspy Wasiljewskiej, po drugiej stronie Newy. Jako niedoświadczony kawaler, kilkakrotnie odprowadzałem dziewczynę do domu przez most, a później musiałem czekać na drugim brzegu do rana, kiedy znowu połączą dwa brzegi mostów. W nocy obie połowy mostów w Leningradzie podnoszono i puszczano statki. Dopiero nad ranem łączono je.

Wróćmy jednak do rodzących się miłości, przyjaźni i sympatii. Od strasznej wojny minęło wówczas dopiero dziesięć lat. Młodzież zazwyczaj mieszkała z rodzicami w jednym pokoju. Nie było mowy o tym, by zaprosić koleżankę lub kolegę na filiżankę kawy czy herbaty do swego mieszkania. My, studenci, mieszkaliśmy w akademikach, po dziesięć – piętnaście osób w jednym pokoju. Panował zwyczaj: zaprosić dziewczynę po wieczorze tanecznym do parku, na Pole Marsowe. Tam, wokół klombów z kwiatami, stały setki metalowych ławek. Co prawda, znaleźć wolne miejsce na jednej z nich – na dodatek w cieniu od jaskrawego światła księżyca – było nie lada sukcesem. Podczas białych nocy – widoczność była, jak w dzień. Wówczas, na ławkach, w Parku Marsowego Pola można było zobaczyć setki kapeluszy o szerokich rondach, pod którymi całowały się gorąco zakochane pary… Z czasem, niektórzy z kolegów zaczęli rezerwować ławki dla „spóźnialskich” zakochanych…

Byli studenci wyższych uczelni obecnego Sankt Petersburgu – do dziś wspominają te sobotnie taneczne wieczory, białe noce – jako najszczęśliwszy i najbardziej romantyczny okres swojej młodości…

Stefan Centomirski Sybirak. Jest to fragment opowiadania “Białe noce i słoneczne dni studenckie w Leningradzie.”

Comments are closed.