Opis obrazów

Opisanie wydarzeń oraz objaśnienie symboliki moich prac, stworzy czytelnikowi pełny obraz tych czasów.

WYSTAWY

Zawsze powtarzam, że wystawa – dla plastyka, jak scena – dla aktora

Home » Opis obrazów

Święty Mikołaj z kartofla.

Submitted by on Czwartek, 23 grudzień 2010No Comment

Dla nas wszystkich Polaków, Boże Narodzenie było najważniejszym świętem, więc wszyscy zawsze czekaliśmy na ten grudzień. Przygotowania do Świąt zaczynaliśmy bardzo wcześnie, a to z wielu względów.

Na kazachstańskich stepach nie rosły takie drzewa, żeby mieć z nich choinkę, toteż już od lata szukaliśmy, zbieraliśmy patyki, które chowaliśmy tak, żeby nie daj Boże ktoś ich nie spalił, nie złamał. Jak zbliżało się Boże Narodzenie, zabierałem się do robienia zielonego drzewka. Wiązałem te patyki, przyklejałem, a potem pomalowałem zieloną farbą i wychodziła dobra choinka. Kazachowie, Rosjanie, którzy tam mieszkali, naśmiewali się, że ci Polacy to jakieś wianuszki do góry nogami stawiają, ale sami nic nie robili. W domu mieliśmy taki specjalny kąt, gdzie zawsze wisiał święty obraz i tam wstawialiśmy tę choinkę. Sam też robiłem szopki, do których trzeba było wyrzeźbić zwierzątka, figurki. Ale nie dasz dziecku noża do ręki, żeby z drzewa to zrobił, więc robiłem te rzeźby, oczywiście, z ziemniaków. Wybierało się te największe i z nich wszystko strugało. Później, jak już ludzie wiedzieli, że ja rzeźbię te szopki, to kiedy wyrósł komuś w ogrodzie duży ziemniak, to mówił – o, to dla Stefanka, tego małego rzeźbiarza. Ktoś mi kiedyś przyniósł ziemniaka tak wielkiego, jak głowa barana i wtedy pierwszy raz w życiu wyrzeźbiłem z niego dużego Świętego Mikołaja.
Ale był problem, bo nie przystawała do niego żadna farba, nie dał się pomalować. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby rzeźbić z ciasta i kiedy mama robiła ciasto na chleb, ja jej podbierałem kawałeczki i lepiłem to baranka, maleńkiego Pana Jezusa i inne rzeczy, a potem mama to kładła do pieca razem z chlebem. Te figurki były mocne, twarde i mogłem już je pomalować. Wytrzymywały niekiedy kilka lat, tylko problem był z przechowywaniem ich do następnych Świąt, więc chowaliśmy je i wieszaliśmy w worku gdzieś wysoko na strychu, tak żeby uchroniły się przed myszami, szczurami i komunistami. Mówię „komunistami”, bo inni już wtedy mogli zniszczyć moją pracę.

A jeszcze trzeba było zrobić prezenty, żeby coś na tej choince wisiało, bo nie było żadnych ozdób, bombek ani cukierków. A nawet gdyby były, to pieniędzy nie było. To jak się z tego wychodziło? Ano przez cały rok zbieraliśmy papierki po cukierkach i chowaliśmy do książki. Jak przyjechał do wsi jakiś bogaty człowiek, to my, dzieciaki po 8-12 lat, już staliśmy przy płocie i czekaliśmy, aż ktoś tam rzuci papierek od cukierka. Zawsze coś się uzbierało, a potem wymienialiśmy się nimi, handlowaliśmy jak filateliści znaczkami. Same cukierki robiło się z buraków. Mama przygotowała z nich taką masę i piekła to w piecu, a potem ja nożem kroiłem to w kosteczki i zakręcałem w te papierki. My to nazywaliśmy fantikami. Fantiki wieszało się na choince i dawało jako prezenty. Kiedy przyszedł jakiś gość, dawało mu się taki właśnie prezent z choinki, tego cukierka. On brał, rozwijał i mówił: – O! Jaki smaczny, a gdzież takie robią, to chyba z miasta… Oczywiście on wiedział, że to cukierek z buraka. Ale był słodki i smaczny.

Myślę teraz, że ta praca, zabawa przy budowaniu szopek na Boże Narodzenie przyczyniła się do tego, że później już profesjonalnie zacząłem robić właśnie instalacje, które stały się moją ulubioną i główną formą wypowiedzi, nad którą pracuję już prawie 50 lat. Te szopki robione na Syberii, to przecież były instalacje.
Już wtedy rzeźbiłem, montowałem, malowałem, chociaż tam w szkole nikt nie uczył takich rzeczy, jak rysunek. Bo dla mnie było to normalne, ważne, potrzebne; ja myślałem, że jakże, koło choinki zawsze musi stać Święty Mikołaj.  Rzeźbiłem te szopki i Mikołaje nie tylko dla siebie, dla swojej rodziny, ale i dla sąsiadów z całej okolicy, a później to przyjeżdżali po nie Polacy z innych, dalekich wiosek.

Mając osiem lat, umiałem już pisać i czymś normalnym, ważnym było też dla mnie prowadzenie dziennika, w którym zapisywałem, co z nami każdego dnia; nie mogłem czegoś takiego nie robić. A pierwsze zapisane w nich wiersze, bo któż w dzieciństwie ich nie pisze, to były kolędy. Pisałem swoimi słowami o tym, że jesteśmy na Syberii, jak żyjemy, jak się czuję itd… Niektórym pogubiły się normalne, polskie kolędy albo brakowało w nich fragmentów, to ja je uzupełniałem, dodawałem zgubione słóweczka, czasem zmyślając.
Wigilia zawsze była u nas, przychodzili sąsiedzi i śpiewaliśmy znane kolędy polskie i te przeze mnie napisane. Ludzie je zapamiętywali i jeszcze przez wiele lat śpiewali, co mnie bardzo cieszyło. Bo kolęda i Wigilia, i w ogóle Boże Narodzenie, to były dla nas takie ostrowy, wyspy polskości, pozwalające nam uchronić tradycję, język, pamięć o przodkach. Na Wigilię wszyscy bardzo czekali, żeby się zejść, być razem. Zawsze o tej porze były zawieje, wichury śnieżne, to ludzie, idąc do nas, ciągnęli sznury od domu do domu, żeby nie zabłądzić w drodze powrotnej.

Siedzieliśmy ciasno przy stole, kobiety z jednej strony, dzieci z drugiej, jedno miejsce zawsze puste, z talerzem, na mojej choince palą się świeczki, z otwartego pieca płynie światło i ciepło, migotają cienie. Najważniejszą i najsmaczniejszą potrawą była kutia, którą moja mama znakomicie przyrządzała. Śpiewaliśmy kolędy, modlitwy, a potem były opowieści, wspomnienia i marzenia, o których każdy mógł powiedzieć. Zawsze były one związane z Polską, z życiem w wolnej Polsce.

Pamiętam, jakby to było dziś, jak jedna kobieta opowiadała, że była aż w Krakowie i jakie to piękne miasto, jakie tam zabytki i historia. Mogliśmy bez końca słuchać takich opowieści. Ale smutku nie było. Nie mówiło się o przykrych rzeczach, nic złego się nie wspominało. Była radość, bo Wigilia i Święta, na tle całego roku życia w tamtejszych warunkach, pojawiały się jako chwila szczęścia. To był taki nasz optymistyczny wariant.
Oczywiście, zawsze też było oczekiwanie, na coś, na kogoś, czego znakiem był płomień świecy w oknie i twarz kobiety za szybą. Jak się w te Święta zobaczyło taki płomień w oknie, to był to znak, że tam czekają na kolędników. A ja zawsze byłem jednym z tych kolędników, przychodzących ze śpiewem.

Stefan Centomirski Sybirak

Comments are closed.