Sybirak » Radość tworzenia
Home » Radość tworzenia

Radość tworzenia

Wydawało mi się wtedy, że życie to wielki tajemniczy zamek z wieloma komnatami, pięknościami, tylko trzeba znaleźć klucz, kod do wejścia. Czasami to trudne, ale niekiedy proste, starczy świeżym okiem spojrzeć, jak to tworzy się we wszechświecie. Tak po zniszczeniu rysunków na ścianie chlewu przez wiatri deszcz, zauważyłem, że cokolwiek się dzieje, to można wykorzystać na dobro. Ściana teraz była cudowna, podobna do ciemno-szarych syberyjskich chmur na niebie i w niej widziałem fragmenty to krajobrazu,to jakieś zwierzęta, postaci, twarz człowieka. Złapałem węgiel, szmatę i zacząłem dorysowywać jedne kawałki, drugie wycierać do szarego tła ściany i ta wielka ściana ożywała zwłaszcza po dorysowywaniu plam czarnym węglem i dodawaniu jasnych kresek kawałkiem białego wapna i kredy, kiedyś sprezentowanej mi w szkole. Wcześniej to próbowałem delikatnie ołówkiem na brudnych plamach ścian naszej ziemianki, które powstawały od kapania z sufitu w czasie deszczu, jednak mama od razu to zamalowała wapnem razem z tymi zaciekami. Ona zawsze dbała, żeby w chatce było czysto i higienicznie. Ale na ścianie chlewu miałem wolną rękę i wreszcie w poczuciu realności wykonałem to, co wiele razy robiłem w swej wyobraźni, oglądając chmury w ruchu. Powstało surrealistyczne dzieło. Teraz to rozumiem, ale wtedy nie znałem żadnych kierunków w historii sztuki, po prostu cieszyło mnie, że to podobne do chmur syberyjskiego nieba, które codziennie wisiało nad nami. Ale dodałem to, co widziałem czasami w chmurach i w swej wyobraźni – to krajobraz, to jakiś zamek, który za chwilę już był podobny do fantastycznego zwierza, którego ogon czy twarz także roślina posiada. Czasami dopisałem kilka wymyślonych, śmiesznych słów obok dorysowanego bohatera, ale litery były jak rysunki i z nich też coś wypełzało, żmija czy duża mucha, albo ostatnia litera słowa odpływała, stawała się rybą. Właśnie te dopiski z wierszami bardzo spodobały się nauczycielce literatury i ona nawet czasami przywodziła ze szkoły uczniów na ekskursję pod ściany mego chlewa. Tam od niej pierwszy raz usłyszałem określenie tego dużego szkicu. Ona powiedziała uczniom: „Wczoraj to był fresk dla wnętrza budynku, a dziś autor dorysował słowa i powstało graffitti, które rysuje się specjalnie na zewnętrznych ścianach budowli”. Ona jedna z wioski kiedyś studiowała w Moskwie i miała największe doświadczenia kulturalne. Moje malowanie zawsze podtrzymywała, czasami nawet dawała papier, ale nigdy nie doradzała. Kiedyś mi na ucho powiedziała: „Nie znam się na sztuce, żeby ci coś radzić. Obawiam się zepsuć twoje zdolności. Niech decyduje los”.
Tymczasem zbliżała się jesień, a z nią codzienne deszcze, które niszczyły moje freski – graffiti w pół drogi do ich zakończenia. W dodatku po mokrej ścianie węgiel nie zostawiał śladu, trzeba było czekać, póki ona wyschnie. W tych chwilach wracałem do malowania na papierze, ale wszystko wychodziło kiepsko. Teraz ja kochałem szare brudne tło, te szare chmury na ścianie, które pomagały mojej fantazji wydobywać fantastyczne postaci. I ja zacząłem eksperymentować, jakby zabrudzić tło papieru. Zamalowywałem różnymi farbami papier, nawet z zawiązanymi oczami, jednak nie wychodziło podobieństwo do faktury ściany, którą tak łatwo robiły deszcz i wiatr. I wreszcie znalazło się rozwiązanie. Przyłożyłem mokry list papieru na zabrudzone akwarelowymi farbami szkło, przycisnąłem i zobaczyłem na papierze fakturę wszechświata, coś bardzo podobnego do chmur i nieba, czy głębin oceanu. Co prawda była bardzo jasna tonalność. Drugi raz dodałem gęstych, ciemnych gwaszowych farb na szkło i ten odcisk był cudowny, jakby odbity od ciemnej chmury nieba. Na niej pojawiały się tajemnicze głębiny, skąd wygląda to półgłowa, to inna część postaci fantastycznej, a obok na jasnym tle fragmenty zamku, ptaka czy inne rzeczy, które fantazja podsuwa, a pędzel wykona. Co dobre w tej technice, że każdy nowy odcisk po kolejnym narzuceniu chaotycznych farb na szkło daje inne rezultaty. Plamy rozmyte z tej formy farby nie powtarzają się. Forma ich różna jak chmury na niebie. Przyglądając się po wyschnięciu tłu, długo oglądałem i decydowałem co i kto jest w obrysach tych fragmentów. Potem gumką coś wyświetlałem, dodawałem i powstawało dzieło, w którym realizowały się czy to jakieś pory roku, czy ruch sportowy, czy radość i smutek życia, ale częściej wszystko to było wyrazem moich myśli o bohaterach wczoraj przeczytanej książki. Kilka posunięć pędzlem czy rozjaśnienia gumką tła i już pojawiają się postaci, o których myślałem. Tą techniką da się realizować to, co jakbyś widział we śnie. Na jednej stronicy to wyrażasz, zamiast na dziesięciu. Dołączam tu jeden z obrazów z tych czasów pod nazwą

Sen, 1943 r. Te domalowane postacie wykonałem w czarnej gamie zbliżonych kolorów. Po pierwsze tak łatwiej utrzymać ciemne tło obrazów, a po drugie było brak kolorowych farb. Gwasz i akwarela prędko skończyły się, a zima długa. Właśnie o tej porze roku najwięcej czasu do malowania, jesteś wolny od pracy na działce, nie ciągają uczniów do roboty na kołchozowe pole. Na moje szczęście ktoś z wieśniaków sprezentował mi dwie puszki farby: brązową i czarną, ale okazało się, że one nie wodne, lecz olejne. Znowu zacząłem eksperymentować, jak z nich robić chmury na papierze, spróbowałem pędzlem i to wychodziło kiepsko, jak malowane na płocie. Narzuciłem kupki na szkło, na przyciśniętym papierze odcisnęły się równe plamy. Wreszcie po kilku dniach znalazłem sposób wykonania olejnych plam, jeszcze lepszych niż gwaszowe. Olejne farby rozcieńczyłem olejem i benzyną, rozmieszałem do konsystencji śmietany, potem do kubełka z wodą nakapałem rozpuszczonej farby. Ona wolno rozlewa się po powierzchni jakby w słoje, a miejscami zestala się w grudki, jeszcze kapnąłem woskiem od świecy, potem delikatnie położyłem na farbę papier i on pokrył się farbą, różnymi plamami, ciemnymi gdzie jej było więcej i jasnymi, gdzie benzyna nie dała szansy farbie ściągnąć się, a gdzie były krople wosku, tam zostały białe plamy papieru. Właśnie mieszanina takiej farby, przypadkowość jej rozłożenia daje różne efekty przy każdym przyłożeniu papieru, a po wyschnięciu farby brałem się za pracę twórczą. Tak jak w muzyce improwizują po zadanej melodii, tak w pracy nad tymi obrazami ja dorysowałem swoje fantazje w zależności od charakteru różnych odciśniętych fragmentów. Przekręcałem te kawałki papieru z plamami i znajdowałem to z jednej, to z drugiej strony jakieś podobieństwa to do jednego, to do drugiego. Po dodaniu kilku linii czy nawet kropek pojawiali się bohaterowie moich fantazji. To jacyś rycerze, ale nie na koniach, a na różnych stworach, zwierzętach, które gdzieś znikały i już powstawały podobizny ryby czy ptaka, to z ciemnej plamy niczym z jamy wyciągała się na długiej szyi głowa człowieka z zębami zwierza w otwartej paszczy od jednego ucha do drugiego. Na jednej z tych odbitek pojawiło się środowisko chmur nieba, na drugiej niby głębiny oceanu czy jakiegoś piekła, ale na niektórych papierach nie znajdowałem plam godnych dalszego rysowania. Szkoda było tego zepsutego materiału, więc robiłem te odciski z drugiej strony, ale potem z nadmiaru już gubiłem się, gdzie jest coś ciekawego. Zacząłem je numerować i tak łatwiej było odpowiedzieć pytającemu, jaką ma nazwę np. obraz, którego numer 57, łatwo też było znaleźć kartkę z rysunkiem, o której ja w danej chwili myślałem czy komuś chciałem o niej powiedzieć. Kiedy w ten sposób stworzonych dzieł na papierze miałem już dziesiątki, pokazałem je memu najważniejszemu krytykowi, mamie. Ona długo je oglądała, pochwaliła jak zawsze moje nowe wynalazki i spytała: „Czy wiesz dlaczego twój wujek, który był najbardziej wziętym kawalerem w wiosce, nigdy nie ożenił się, tak i nie założył rodziny?” I odpowiedziała: „On cały czas mówił, że gdyby ta panienka miała nogi tamtej, a jeszcze na buzi miałaby oczy i uśmieszki trzeciej, to już nie wahałbym się, że to moja narzeczona!”. To samo powiem o twoich obrazach. Na jednym ta część ciekawa, na innym druga. Szkoda, że to nie na jednym obrazie. Jak sam widzisz, niektóre plamy są puste, to narysuj coś na nich. Mama miała rację, ale rysować to co innego, niż improwizować, wykorzystując niespodzianki odbitek, bawiąc się tworzeniem wszechświata chmur. Co innego bez wskazówek malować na ciemnym czy białym tle plam. To już inna technika, którą zajmowałem się wcześniej, a teraz chodziło mi o improwizację rysowania tego, co niejako samo z siebie powstanie, bez planu. Po tej krytyce długi czas myślałem, niczym nad szachowym zadaniem, jak poprawić odbijanie tych plam. I doszedłem do wniosku,że niemożliwe jest kierowanie farbami pływającymi w wodzie ceberka oraz że na jednym papierze trzeba połączyć to, to co dobrze odbiło się na różnych. Wziąłem nożyce, powycinałem ciekawe fragmenty z jednych i poprzyklejałem w te puste miejsca na drugich, gdzie ich brakowało. Teraz obrazy wyglądały na pełne, zakończone. Ja zatańczyłem z radości. Każdy kawałek tego cennego papieru z odbitkami moglem zachować, jeżeli tam nie wszystko się udało, a wycinać i wkomponować w inną, gdzie coś brakowało.To było samodzielne przypadkowe odkrycie kolażu na papierze, który później przez dziesiątki lat stosowałem w malowaniu na płótnie. Zrozumiałem też, że najważniejsze w kompozycji obrazu są detale. Tak na przełomie dzieciństwa i dojrzewania zrobiłem ważniejsze odkrycie w swym życiu – radość tworzenia. Zrozumiałem, że nie wystarczy nauczyć się pisania liter, słów, to tylko gramatyka, dopiero ze składania ich według odpowiedniej myśli powstanie wiersz, poezja. To samo w plastyce. Rysowanie odbicia natury to też gramatyka, technika, a dopiero komponowanie różnych elementów w całość tworzy sztukę, dzieło o tej czy innej treści. Tworzenie stało się dla mnie najważniejsze w życiu, a różne przeszkody – chłód, głód czy uciskanie władz, zeszło na drugi plan.