Sybirak » Milczę jak ryba
Home » Milczę jak ryba

Milczę jak ryba

Jeszcze przed wojną obok wioski, w dolinie na  skraju której było kiedyś jezioro i zarosło trzciną, wykopano jamę stawu wielkości ponad 100 metrów. Wiosną ona zapełniała się ściekającą ze stepu wodą, która trzymała się przez lato dopełniając się deszczami. Jesienią ona była już śmierdząca, ale latem służyła do pojenia bydła i polewania na kołchozowej działce kapusty, którą sadzono obok. W rok wybuchu II Wojny Światowej nastała taka śnieżna zima, że kiedy roztajał śnieg, to woda razem z częstymi deszczami nie tylko zapełniła ten sztuczny staw, ale i całą nizinę. Pośrodku niej odkryło się zapchane źródło i powstało znowu jezioro, jak  dawniej, o którym pamiętali starsi wieśniacy. W maju na brzegu wyrosła już trawa, jak ciepłe wiatry zmieniły się na zimne i znowu ludzie sięgnęli po ciepłe ubrania. Czasami nawet padał śnieg i pole z zielonego stawało się białym, ale po kilku godzinach znowu śnieg tajał. Ta pora roku to kowadło pomiędzy zimą a wiosną. Ten okres na całym obszarze Azji najcięższy, szczególnie  za Uralem w stepach Kazachstanu, tam gdzie początek ziemi syberyjskiej, gdzie słońce już dobrze świeci ale kiepsko grzeje. Odwracasz się do niego twarzą – ciepło z przodu, rozkrywasz ubranie, ale od tyłu plecy marzną i ty już przeziębiony. Właśnie  o tej porze roku  śmierć najobficiej zbiera swoje czarne żniwo pośród zesłańców, osłabionych głodem i brakiem witamin. Ale męczyły się w ten czas i zwierzęta i rośliny, oszukane przez wszechświat.

Tą codzienną walkę z wszechświatem  pokazałem w dyptyku Alegorie Pór Roku, Wiosna i Zima, 1951. Symboliczna piękność leci z południa, rozrzuca kwiaty, zła wiedźma  nocą pokrywa je śniegiem. Właśnie w ten czas zdarzyła się wielka tragedia dla całej wioski. Był już maj, pojawiła się pierwsza trawa i kołchozowe bydło, a z nim i część osobowych krów, pasło się w polu całą dobę. Kulawy pastuch z paroma psami krążył z nimi wokół wioski, a w nocy dowalił śnieg jak w zimę. Zawiał  straszny syberyjski wiatr, raptem nadleciały wilki, rozerwały psy i rzuciły się na cielęta. Te poleciały w środek stada, wilki rzuciły się na uciekające krowy i pognały je z wiatrem, który wiał w stronę wody stawu. Pastuch ze swym kijem kulał daleko w tyle i nic nie mógł zrobić. I stała się tragedia, wilki zagnały stado bydła w wodę, te z tyłu napierały na te z przodu i wszystkie się utopiły. Rano cała wioska stała na brzegu stawu. W błocie  roztopionego śniegu leżały kości i kopyta cieląt, resztki wieczerzy wilków. Woda była pokryta utopionym bydłem, pływającym brzuchami do góry, jak balony. Wiatr ucichł, śnieg więcej nie padał, padały łzy ludzi na tę nieludzką ziemię, na wyciągnięte z wody krowy i woły. Przyjechali z centrum NKWD-yści, pastucha aresztowano, ściągnięto wszystkie wozy z naszej i sąsiednich wiosek, załadowano na nie utopione bydło i pod konwojem powieziono w miasto do rzeźni. Mężczyźni byli na froncie jak wiadomo, więc woźnicami byli  uczniowie ze starszych klas, ja byłem wśród nich. Jechaliśmy do miasta dwie doby. Kiedy zatrzymywaliśmy się karmić konie, na ognisku gotowały się ziemniaki w wiadrach, ale ani kawałeczka mięsa nam nie pozwolili NKWD-yści odciąć z tych ciał leżących na wozach, a po drugim dniu już wszystko to mięso popsuło się na słońcu. Tak śmierdziało, że my woźnice zatykaliśmy nosy, a psy długo leciały za nami w każdej mijanej wiosce w drodze do miasta, do którego jechaliśmy ponad dwa dni. Mięso to, na kiełbasy już nie nadawało się, było zdane na mydło. Tak zakończyła się ta historia, a z nią i normalne od wieków przeznaczenie krów – dawać mleko.

Od tej tragedii, każdej wiosny, z rana, zabierano z każdego podwórka krowy do pracy z pługiem w kołchozowym polu. Wieczorem zmęczone  wracały, ale bez łez nie można było widzieć jak mama próbuje choćby kwartkę mleka wydoić dla małego dziecka. Kiedy nastawała pora przygotować własną działkę, pożyczaliśmy z kołchozu pług, żeby każdy mógł dla siebie orać i posadzić ziemniaki.  Za pracę w kołchozie nic nie płacili. Rodzina mogła się utrzymać tylko ze swego kawałka ziemi, na którym pracowało się nocą, po powrocie z kołchozowej pracy. Właśnie ten dramat męczenia, nie tylko ludzi ale i bydła, stał się tematem obrazu pod nazwaniem Karmicielka. Pamiętam jak szedłem za pługiem  z uprzężą dla dwóch wołów, z jednej strony nasza krowa, a z drugiej mama. Jest w życiu takie wydarzenie, że wystarczy ująć treść i jest już gotowy obraz. W tym wypadku dodałem tylko wielkie zachodzące słońce, ono było symbolem pory doby i tragizmu tej treści. Żeby stworzyć atmosferę nędzy tego czasu, przykleiłem prawdziwe ubrania z worków, jakie nosili w wiosce w czasach tej ciężkiej pracy. Oprócz dokumentalności to dało piękną fakturę. Następnie namalowałem niebo w chmurach ciemnymi farbami, żeby stworzyć dramatyczny koloryt obrazu, dodałem ramę z grubych desek, jakby pożyczonych z płotu tej chłopskiej działki, na której dzieje się ta ciężka praca. Obok stoi nocna lampa, symbol pracy po zachodzie słońca, który teraz dominuje w kompozycji, podkreśla dramat tego co dzieje się na ziemi.

Tej tragicznej wiosny, jak utopiło się bydło, woda u brzegu stawu była po kolana. Brzegi zarosły wysoką trzciną, którą latem kiedy była zielona, rwali dla bydła, a zimą suchą kosili po lodzie dla palenia w piecach oraz zakrycia dziur w dachach. Teraz brzeg porośnięty wysokimi roślinami, wyższymi od człowieka, zasłaniał czystą nie zarośniętą wodę głębokiego stawu. W poprzednim odcinku powiedziałem, że to woda smutku, a teraz chcę określić, że to i była woda radości. Czasami po pierś zamoczony szedłem przez trzcinę do tej czystej wody. Siadałem na wystającym z wody kamieniu i rysowałem wodę, odbijające się w niej rośliny, przelatujące czasami kaczki. Siadające za stawem słońce, tak artystycznie odbijało się w wodzie, że to piękno nie miało porównania z zachodem nad stepem. Przykro, że to trwało tak krótko. Na drugi dzień spieszyłem na to samo miejsce, żeby zakończyć rysunek.. W jednym z takich wieczorów, kiedy nad stawem kręcił się rój komarów i motylków, zauważyłem, że z wody wyskakuje ryba. Byłem zadziwiony, skąd mogła ona tu przypłynąć. W domu przeglądając książki przeczytałem, że ryba może przez długie lata przetrwać w ciężkim wilgotnym błotnym miejscu, a właśnie to mogło być pośrodku tej niziny nawet w suche lata. Na drugi dzień poleciałem na moje tajemnicze miejsce, gdzie krajobraz miał teraz podwójny wymiar, oprócz piękna jeszcze ten funkcjonalny, może da się w jakiś sposób wydobyć ten niewidzialny w wiosce skarb. Tu zawsze gadało się o wszystkim co latało czy biegało, ale nigdy o tym co pływało, bo przez długie lata nie było tego jeziora, to i legendy zapomniały się. Nikt nie miał sieci, a nawet nie słyszał co to takiego. Znowu  zasiadłem do książek i wreszcie w jednej znalazłem wskazówkę jak te sieci się robi. Mama gorąco podtrzymywała ideę plecenia sieci. Dała mnie wszystkie grube nici przeznaczone do zaszywania łatek. Jak to robić ona nie wiedziała, ale wierzyła, że to mnie się uda. Nie może to być trudniejsze niż nauczyć się malować – spokojnie powiedziała. Wystrugałem z drzewa czółenko jak to narysowano w książce, potem zepsułem część nitek póki nie nauczyłem się wiązać węzłów, żeby wychodziły klatki jedna po drugiej.

Tylko przez kilka dni udało się związać metr na dwa długości. Z góry i z dołu przywiązałem sznury, przygotowałem dwa długie kije i szczęśliwy zasnąłem z zamiarem złapania jutro ryby. Mama obudziła mnie przed świtem, żeby nikt w wiosce nie zobaczył miejsca dobycia tego skarbu. Tak naprawdę chciałem wykrzyczeć do wszystkich, co ja odkryłem. Mama przekonała mnie że nie wiadomo ile tam tej ryby, a wiemy, że w wiosce cała grupa groźnych chuliganów, którzy od razu mnie wypędzą z tego interesu, a nawet utopią jako konkurenta. A poza tym to jezioro nie jest na naszej działce a na państwowej ziemi, a wiadomo, że w kołchozie za pracę nawet grama niczego nie dają. To samo będzie z rybą Mama postanowiła trzymać to w tajemnicy, a jeżeli złapią, to mówić że to pierwszy połów. Świtało jak byłem na miejscu i wbiłem w dno długie tyczki z przywiązaną siecią. Póki ludzie zaczęli wychodzić z domu ja już wróciłem. Ten dzień był bardzo długi. Z mamą oczekiwaliśmy wieczoru i marzyliśmy, co przygotujemy na kolację, smażoną rybę czy ugotujemy z niej zupę. Ostatni raz jedliśmy rybę rok temu, w gościnie u bogatych miejscowych, do których wrócił na kulach z wojny ich gospodarz. Namalowałem jego portret i w podziękowaniu oni nas zaprosili i poczęstowali przywiezioną przez niego rybą. Ten dobry człowiek nawet kawałek dał nam na śniadanie i filozoficznie powiedział: ryba daje wapń, którego nie ma w innych produktach, a ono ważne dla ciała jak i chleb, mięso czy owoce.

Kiedy nadszedł zmrok, byłem już nad stawem, wyciągnąłem sieć i dziwo, było w niej kilka ryb! Poczułem ulgę. Włożyłem sieć z rybą do torby, sprzątnąłem kije, tyczki schowałem w wysokich trzcinach obok i jak na skrzydłach poleciałem do domu. Zobaczywszy prawdziwą żywą rybę, mama mocno ścisnęła mnie i cicho powiedziała: tata byłby dumny z ciebie. To była największa pochwała mamy, być godnym ojca. Na kolację jedliśmy smażoną rybę,     z ugotowanymi ziemniakami. Sieć powiesiłem, żeby wysuszyć. Ości ryby po kolacji spaliliśmy i od tego czasu, to święto powtarzaliśmy co dzień, aż do późnej jesieni, póki zamarzła woda. Co prawda po pierwszych sukcesach, w następne dni sieci okazały się puste, jednak na środku stawu wyskakiwała ryba z wody. Jak ją przyciągnąć do sieci? – myślałem. W następny dzień wykopałem robaków i porzuciłem u sieci, to przyciągnęło ryby, więc od tego czasu stawiając sieć, przynosiłem im śniadanie. W ciągu lata dobrze przygotowaliśmy się do zimy. W piwnicy obok słoików z grzybami pojawiły się zasolone ryby. Z naszymi sąsiadami, rodakami, dzieliliśmy się smażoną, zimną rybą, dawaliśmy w prezencie kiedy wyjeżdżał ktoś z gości, którzy czasami wpadali. Mówiliśmy zawsze to samo, że to goście przywieźli, taką zmyśliliśmy z mamą legendę, żeby utrzymać  tajemnicę. To trwało niejedno lato. Z początku była obawa, że ktoś z wioski może odkryć naszą tajemnicę i nawet w jakiś ranek któryś z kolegów, podwinął spodnie, poszedł za mną przez te trzciny obok, ale jak zobaczył, że siadłem na kamieniu do malowania, za chwilę już znudził się i powrócił. A jak następnym razem sam go zaprosiłem nad jezioro, to on pokręcił palcem po czole i powiedział: idź sam, ja nie wariat. Dorośli w ogóle zapomnieli, że tam jest wykopana kiedyś, duża jama. Trzcina porastająca brzegi, dobrze chroniła to wyjątkowe miejsce czystej wody. To było przez Boga darowane mi miejsce, gdzie połączyło się piękno i bogactwo. Patrzyłem i malowałem, jak zachodziło do wody cudowne słońce, a za chwilę wyjmowałem z niej róg obfitości – sieć z rybą, która dawała mi siły przetrwać, może dlatego, żeby rozpowiedzieć pędzlem i piórem dla następnych pokoleń to, co do mnie należało – prawdę o życiu i śmierci naszych rodaków na zesłaniu.