Home » Życie na nitce.

Życie na nitce.

Nigdy nie chodziło o estetykę, zawsze o funkcjonalność. Mężczyźni i kobiety nosili fufajki, ściągane spodnie i walonki. Jednakowe postaci różniły się tylko głowami. Kobiety zakładały chustki, a mężczyźni czapki uszanki. Ta moda była od razu przyjęta przez zesłańców. Co prawda przez wszystkie lata oni utrzymywali swoją polską katolicką wiarę, akcent w rozmowie. O wszystkim decydowała syberyjska zima. Niedźwiedzie, króliki czy wilki przeobrażała w białych, a ludzi przez ubrania w szarych. Zesłańcy czasami ubrania dokupywali, a częściej przez barter wymieniali swoje europejskie na miejscowe, które lepiej ogrzewały ciało. Ciężko było patrzeć, jak piękne postacie Polek, teraz wyglądały jak myszkowate baby na białym tle śniegu. Ich dumne stawianie kroków zmieniło się na starczy chód, bo jak rodzina zdobyła walonki, to rozmiaru takiego, żeby każdy domownik mógł je założyć, od taty do małolata. Dla starszego były krótkie jak buty, małym sięgały do pasa i musieli je zaginać, a dla mamy też  zawsze wielkie, ona w nie wskakiwała i szła do swojej pracy. Nie mogła chodzić z gracją, kto by o tym myślał, kiedy trzeba utrzymać palcami nóg te walonki, żeby one nie uciekły do przodu z twych nóg. Z tego powodu w szkole robiło się zajęcia dwie zmiany. Np. w naszej rodzinie z rana siostra szła do szkoły w tych walonkach, wracała i ja zakładałem je i szedłem już na drugą zmianę. Ponieważ te walonki cały dzień “pracowały”, podeszwy szybko stawały się cieniutkie i moim obowiązkiem było po kilka razy zimą przyszywać nowe podeszwy, do których potrzebny był materiał. I teraz powiem, że na zesłaniu najważniejszym deficytem oprócz chleba – były nici! Kto miał nici, ten miał zdrowie. Brak nitek oznaczał dziury w ubraniach, przeziębienie i śmierć. Nauczyliśmy się już wszystko zamieniać, chleb zastępowaliśmy ziemniakami, ropę do lampy smalcem susłów dla kaganka, sznury patykami. Ale nitki niczym nie zastąpisz. W czasie wojny w sklepach nie było nigdy tego towaru, już pierwszego roku wszystkie zapasy zniknęły. Ludzie gorączkowo szukali możliwości, jak je zdobyć.

Każdy kawałek szmaty obmacywali, czy nie można go rozpuścić na nici, najłatwiej to zrobić z worków, ale nie warto, nie mocne. Najlepsze były pasy, których używali w kołchozie jako lejców do powożenia końmi bryczki. One były szerokości 2-3 palców i długości ponad 5 metrów. Teraz podobnych używa się do przenoszenia paczek, ale kto by to w dzisiejszych czasach rozpuszczał takie pasy na nici, jak ich pełno w każdym sklepie i kosztują grosze. Ale wtedy na Syberii takie pasy były na wagę złota, to był jedyny materiał, z którego pozyskiwało się nici, po rozplątaniu. Tylko gdzie je zdobyć? W kołchozowej gospodarce pasy dawno rozkradli, ale można je było wymieniać u miejscowych chłopaków za jakieś wartościowe rzeczy, ubrania, jedzenie, pracę na działce. Czasami mnie udawało się zdobyć kawałki tych pasków w zamian za namalowane portrety gospodarzy. A w kołchozie w miejsce pasów wymyśliliśmy inny sposób powożenia końmi. Przywiązywaliśmy długie patyki zamiast lejc, a goście, którzy przyjeżdżali do wioski zabezpieczali wóz, jak teraz samochody, nikt nie zostawi klucza w aucie, tak i pasy zabierali z sobą do chaty. Chłopcy byli jednak sprytni i pilnowali każdego przyjezdnego wozu, który zatrzymał się w wiosce. Raz jechał przez naszą wioskę do miasta w dobrej karecie ważny partyjny funkcjonariusz. Zatrzymał się na godzinę w sekretariacie. Mówili, że to bardzo wysoko postawiona osoba, a ja dziwiłem się, jaka to ona gruba, kiedy po wizycie człowiek ten zbierał się zasiąść wierzchem na koniu, gdyż karetę swą musiał zostawić, chłopcy mu ukradli lejce i nie było czym kierować koniem w dalszej drodze do miasta. Więcej tego funkcjonariusza nikt tu już nie widział.

Po zdobyciu kawałka takiego pasa z lejc, gruby jego splot rozplątywało się od jednego końca za pomocą igły, a wyciągnięte nici zakręcało w kłębek. Szanowano każdy ich centymetr. Na dziurę w łatce naszywało się nową łatkę, tak że na łokciach czy kolanach miało się ich około dziesiątki w różnych kolorach, w zależności od tego jaka pod ręką była szmata. Wyglądaliśmy w tych ubraniach jak rycerze czasów średniowiecza i nie bolało, kiedy upadało się podczas zabawy, bo grube warstwy tych łatek były jak ochraniacze. Z tych bawełnianych nitek splecionych razem i pokrytych szarą smołą miałem materiał, którym podszywałem podeszwy u walonek, i właśnie z nich splatałem także sieć do łapania ryb. Czyż te nici nie godne tego, by im składać wiersze, pisać muzyczne utwory, czy nawet pomnik postawić? One pomogły zesłańcom przetrwać w syberyjskie mrozy. Robiono też nici kręcone z wełny owiec. Oczywiście nie używano ich do zaszywania dziur w ubraniach, a wiązano z nich swetry, które dobrze ogrzewały ciało oraz rękawice i skarpety. Tym zajmowały się kobiety w zimowe wieczory, po zakończeniu prac na działkach To były takie rodzinne chwile wytchnienia. Przychodziły sąsiadki z kłębkami wełny i po częstowaniu herbatą mama gości sadzała w krąg, zaczynało się rękodzieło, a wraz głośne śpiewanie, czasami rosyjskich lub ukraińskich dumek, ale najczęściej polskich pieśni. Dlatego lubiły zbierać się same rodaczki.  Wtedy śpiew przeplatał się ze wspomnieniami z ich życia na Padole, o czasie młodości, o świętach i ślubach, o szczęśliwych czasach. Ktoś zaczynał pieśń ojczystą i wszyscy podciągali, a my dzieci dołączaliśmy, zajmując się swym dziełem, siostra Klima coś szyła, ja rysowałem. Te wieczory bardzo lubiliśmy, zawsze na nie czekaliśmy. To były takie wyspy polskości w ziemiance, wokół której za oknem wyła syberyjska zamieć. Pod koniec wieczoru na mnie i na siostrze przymierzano to, co powstało, niektóre kobiece swetry sięgały nam poniżej kolan i w nich tańczyliśmy pod klaskanie gości. Te kruche nici wełny wzmacniały naszą więź z rodakami, rozgrzewały duszę, a stworzone z nich ubrania, ciało.