Home » Jak zacząłem rysować?

Jak zacząłem rysować?

Rysowanie patykiem na śniegu.
Tej zimy napadało dużo śniegu, na Syberii czego nie brakuje, to tego białego pokrycia. Ten gość – zimowy wiatr, przychodzi raptem i nie znika, ciągle masz go tak dość, że już nie czujesz jego bicia, wycia, świstu, wciskania się nieproszonego za twój kołnierz i w każdą dziurkę, ty ze złości ściskasz zęby, a on się bawi. Wreszcie ty bez sił do walki opuszczasz ręce i tu on znika, odchodzi. W tym białym pokryciu zobaczyłem swoje płótno. Wziąłem patyk i zacząłem rysować na tej gigantycznej białej łysinie. Kiedy coś nie wychodziło, miotłą wyrównywałem, jak gumką na papierze i wracałem do tego fragmentu. Jeśli  trzeba było zrobić akcent, odwracałem kijek, ciągnąłem grubym końcem i wychodziła szeroka, głęboka linia. Zachodzące słońce z ukosa oświetlało mój rysunek – płaskorzeźbę. Cienie długich szerokich linii wydobywały akcenty rysunku. Byłem zadowolony z odkrycia i zasypiając na piecu, obmyślałem, jakie jutro dodam następne części rysunku. Rano wyleciałem na skrzydłach z ziemianki z kijem, żeby dokończyć dzieła, patrzę, a mój wzgórek już czysty, jakby go  krowa językiem zlizała. W nocy spadł śnieg i przy pomocy wiatru wszystko wyrównał. Byłem rozczarowany, ale od nowa zacząłem rysunek, a wiatr w nocy znowu go zasypał śniegiem. Tak się zmagaliśmy, ja pracowałem w dzień, a wiatr w nocy. Wreszcie wygrała edukacja. Moja ręka nabrała siły.

Rysowanie węglem – między freskiem a rysunkiem.
Przyjście wiosny, topnienie śniegu cieszyło wszystkich, ale nie mnie w tym roku. Na Syberii zawsze radość, gdy kończy się obrzydła długa zima i znikają resztki śniegu. Ja jednak byłem zmartwiony widząc, jak mój materiał do rysowania – białe gigantyczne płótno kurczy się , czernieje i znika. Mama mnie pocieszała, zrób sobie przerwę w rysowaniu, niedługo, za parę miesięcy spadnie nowy śnieg, a teraz pociesz się ciepłem. I naprawdę, wreszcie można było zrzucić te obrzydłe grube zimowe łachy i wystawić ciało do słońca. Ziemia okryła się zielenią i razem z roślinami rosła radość w sercu, nadzieja, że wszystko w życiu zmieni się na lepsze. Prawda, za kilka dni i ja znalazłem nowe możliwości do malowania. Po zniknięciu śniegu, rozpoczęła się nowa praca. Wszystkie suche rośliny z poprzedniego roku, po ziemniakach i te, co przyniósł ze stepu zimowy wiatr, ściągano w kupy i palono, a popiół rozrzucano po ziemi, aby obficie rodziła nowego lata. Na wszystkich działkach płonęły ogniska, pachniało dymem. Do dzisiaj, kiedy poczuję gdzieś woń dymu z ogniska, od razu powracam pamięcią do czasu dojrzewania. Z początkiem tamtej wiosny wszystkie zapory życia zdawały się czasowymi. Serce biło jak na dłoni, wciąż kogoś kochało, to autora czytanej książki z reprodukcjami obrazów, przyjaciółkę z klasy, to latające ptaki czy zwykłe szare niebo. Wszystkie problemy znajdowały swoje rozwiązania, idee przychodziły do głowy same z siebie, jak słowa przy składaniu wierszy. W czasie palenia kolejnej kupy śmieci na działce, podsuwając patykiem liście do ognia, zaczepiłem o kawałek wrzuconej doń deseczki i zauważyłem, że na niej został ślad od mego opalonego patyka. Wyciągnąłem deseczkę z ognia i po niej pokreśliłem tym opalonym patykiem. Został na niej ślad czarnych linii. Dla mnie było to radosne odkrycie. Linie były podobne do widzianych na rysunkach reprodukcji. Domyśliłem się, że to odkrycie roweru sprzed setek lat, ale ważniejsze, że teraz ja będę mieć miejscowy darmowy materiał do rysowania. Nakładłem wiadro tych nadpalonych patyków i rzuciłem się do ściany chlewu i zacząłem rysować na dużej przestrzeni. Nigdy wcześniej nie miałem podobnej możliwości, papier był tylko rozmiaru zeszytu i zawsze go brakowało. Płachta śniegu była wielka, ale w całości rysunek gubił się od białych linii na białej powierzchni, a na ścianie wychodziło podobieństwo techniki do moich kochanych mistrzów Renesansu, których rysunki zawsze podziwiałem, kiedy znajdowałem je w książkach. Do późnego wieczora, bez obiadu,  nie odchodziłem od ściany chlewu, przebywałem ze szczęścia w siódmym niebie. Wróciła po pracy matka i klasnęła rękoma, tak była zachwycona moim dziełem. Dotykała palcami linii, te osypywały się, a ona powtarzała, „daj bóg żeby deszcz nie poszedł, żeby jutro pooglądali to nasi rodacy, to ich też ucieszy”. Ja sam z niecierpliwością czekałem na ranek, żeby dokończyć rysunek na ścianie, ale rano zbudziła mnie zmartwiona mama. Deszcz w nocy wszystko zmył. Na ścianie zostały tylko brudne łzy. Wyleciałem z ziemianki i rzuciłem się od razu do szkicowania na tej samej ścianie. W nocy deszcz i wiatr nie traciły czasu, tam gdzie były linie rysunku pozostały podcieki i brudne plamy. Obok stała i martwiła się mama, że całe dzieło złe siły zniszczyły, ale ja cieszyłem się, jest wolna ściana, mam czym rysować, pracować łatwo i nie zawadzają ciężkie ubrania, jak zimą. Cieszyło to, że mogę odejść i pooglądać kompozycję pionową, a nie w poziomie, jak narysowaną na śniegu, której nie da się ogarnąć. A głównie, że można nakładać cienie i szmatą łatwo poprawiać. Jednak praca zwęglonym drewnem też okazała się kiepska. To on kruszył się, to ledwie drapał ściany. Tylko kawałki spalone z brzozy były najlepsze, ale je rzadko znajdowałem. Zdecydowałem się samemu je przygotować. Nałamałem w lesie potrzebnej grubości patyków i w metalowej puszce wrzuciłem do ognia. Po wyciągnięciu za kilka minut tej opalonej puszki dostałem dobre węgle, grube ołówki. Tańczyłem z radości. Patyków w lesie nie brakuje, ognia też, zawsze będę miał materiał darmowy do pracy. Od tego czasu zewnętrzne ściany w naszym obejściu zapełniały się rysunkami, deszcz je zmywał i ja znowu miałem wolne miejsce do rysowania. W czasie suszy, kiedy już nasza ziemianka i chlew były zarysowane, sąsiedzi pozwalali wykorzystać ściany swoich domów i chlewów, im podobało się to, co ja robiłem. Bo to wnosiło coś nowego, barwnego w  codzienne życie wioski. Te szare ściany wyświetlały moje życie. Węgiel stał się przedłużeniem mojej ręki. Deszcz to wszystko niszczył, ale przyuczył mnie do tego, co najważniejsze. Jest praca, która coś wyraża, a jak długo ona się utrzyma, czy ją zobaczą ludzie, czy ona zniknie, to mniej istotne w chwili, kiedy nie możesz żyć bez tego. Te niszczące siły wszechświata, wiatr i deszcz, nauczyły mnie cieszyć się samym procesem tworzenia i nie martwić się, że tego nikt oprócz bliskich nie zdąży zobaczyć przed zniszczeniem. Ta filozofia pomogła mi tworzyć i trzymać przez dziesiątki lat odwrócone do ściany w moskiewskiej pracowni setki obrazów, poświęconych martyrologii Polaków na wschodzie. Przecież wiedziałem, że nie mam szans ich wystawienia w czasach komunizmu, w koniec którego wtedy nie wierzyłem, jak i inni jego przeciwnicy w moim otoczeniu.